

W okresie międzywojennym Szczytno należało do najważniejszych ośrodków handlowych południowych Mazur. W każdy tydzień, od wiosny aż do końca jesieni, niewielkie, liczące niespełna kilkanaście tysięcy mieszkańców miasto, przeobrażało się w tętniące życiem centrum wymiany handlowej.
Dla wielu okolicznych gospodarzy był to dzień ważniejszy od niedzieli. Tutaj sprzedawano plony całorocznej pracy, kupowano narzędzia, zawierano umowy i poznawano najświeższe wiadomości z całego regionu.
Był to dzień, na który czekano przez cały tydzień. Na drewnianych wozach przywożono worki zboża, beczki z masłem, kosze pełne jaj, i klatki z drobiem. Gdy pierwsze promienie słońca oświetlały brukowaną Marktstrasse - dzisiejszą ulicę Odrodzenia, miasto zaczynało żyć zupełnie innym rytmem. Rytmem szczycieńskiego targu.
Ulica zamiast rynku - fenomen dawnego Szczytna
Przed II wojną światową dzisiejsza ulica Odrodzenia nosiła nazwę Markt, a później Marktstraße, czyli po prostu ulicy Rynkowej. Już sama nazwa zdradza, jak ważną rolę odgrywało to miejsce w życiu miasta. Co ciekawe, w przeciwieństwie do większości miast Prus Wschodnich i dawnych miast polskich, Szczytno nie posiadało klasycznego rynku otoczonego zwartą zabudową kamienic. Funkcję miejskiego placu handlowego pełniła właśnie szeroka brukowana ulica.
Było to rozwiązanie dość rzadkie, ale doskonale odpowiadało układowi urbanistycznemu rozwijającego się miasta. Dawna droga prowadząca od zamku i kościoła ewangelickiego w kierunku południowym z czasem stała się reprezentacyjną osią Szczytna. To tutaj skupiało się życie gospodarcze, społeczne i towarzyskie.
W dni targowe ulica zmieniała się nie do poznania. Zamykano ruch wozów niezwiązanych z handlem, a bruk znikał pod rzędami drewnianych furmanek, straganów i stołów przykrytych płótnem. Powietrze wypełniały nawoływania sprzedawców, odgłosy zwierząt gospodarskich, stukot końskich kopyt i zapach świeżego chleba, wędzonych kiełbas, przypraw oraz siana. Dla mieszkańców był to nie tylko dzień zakupów, ale przede wszystkim najważniejsze wydarzenie tygodnia - okazja do spotkań, wymiany informacji i zawierania interesów.
Nieprzypadkowo właśnie przy Marktstraße powstawały sklepy, gospody, zajazdy i zakłady rzemieślnicze. Kupcy doskonale wiedzieli, że to tutaj koncentruje się ruch mieszkańców i przyjezdnych.
Zjeżdżali tu z całych Mazur
Od późnej wiosny aż do jesieni targi odbywały się niemal co tydzień, natomiast kilka razy w roku organizowano znacznie większe jarmarki, na które przybywali handlarze nawet z odległych części Prus Wschodnich. Ich terminy były urzędowo ogłaszane w lokalnej prasie i kalendarzach handlowych, dzięki czemu przygotowania rozpoczynały się z dużym wyprzedzeniem.
Jeszcze przed świtem do miasta zaczynały wjeżdżać furmanki z okolicznych wsi. Wielu gospodarzy pokonywało kilkadziesiąt kilometrów, wyjeżdżając z domów nawet w środku nocy. Największy ruch panował od wschodu słońca do południa. Wówczas znalezienie wolnego miejsca na ulicy Rynkowej graniczyło z cudem.
Na stoiskach można było kupić niemal wszystko. Oprócz świeżych warzyw, owoców, ziemniaków, zboża, jaj, sera, masła, miodu czy mięsa sprzedawano również ryby z mazurskich jezior, grzyby, jagody, zioła, skóry, narzędzia rolnicze, drewniane beczki, wiklinowe kosze, garnki, ceramikę, tkaniny, odzież oraz buty.
Każda miejscowość przywoziła to, z czego słynęła. Dzięki temu szczycieński targ był prawdziwą wystawą mazurskiego rolnictwa, rzemiosła i lokalnej przedsiębiorczości.
Miejsce, gdzie spotykały się kultury
Międzywojenne Szczytno było miastem pogranicza kultur i doskonale było to widać właśnie podczas targów. Obok Mazurów swoje towary sprzedawali kupcy z Mazowsza, handlarze z innych części Prus Wschodnich oraz liczna społeczność żydowska, od pokoleń związana z handlem i rzemiosłem. W tłumie mieszały się języki: niemiecki, polski, mazurska gwara i jidysz. Dla mieszkańców był to codzienny obraz, pokazujący wielokulturowy charakter regionu.
Dla wielu kupców dzień targowy oznaczał największy utarg w całym tygodniu. Korzystali na tym nie tylko sprzedawcy żywności, lecz również właściciele sklepów, piekarni, hoteli, gospód, zakładów rzemieślniczych i przewoźnicy.
Do Szczytna przyjeżdżali również mieszkańcy okolicznych miejscowości, którzy po załatwieniu spraw handlowych odwiedzali urzędy, banki, lekarzy czy fotografów. W praktyce targ był więc gospodarczym sercem całego powiatu.

Przedwojenny... portal społecznościowy
Choć może brzmieć to zaskakująco, jarmark pełnił również funkcję lokalnej gazety, biura ogłoszeń i współczesnych mediów społecznościowych.
To właśnie tutaj rozchodziły się wszystkie najświeższe wiadomości. Rozmawiano o urodzajach, cenach zbóż i ziemniaków, nowych inwestycjach, narodzinach dzieci, planowanych ślubach, sprzedaży gospodarstw czy wydarzeniach politycznych. Dyskutowano również o poborze do wojska, zmianach przepisów, podatkach oraz o tym, co wydarzyło się w odległym Berlinie czy Królewcu. W czasach, gdy radio dopiero zdobywało popularność, a gazety nie docierały regularnie do każdej mazurskiej wsi, właśnie jarmark był najszybszym i najbardziej wiarygodnym źródłem informacji.
To tutaj rodziły się plotki, zawierano nowe znajomości, odnawiano rodzinne kontakty, umawiano interesy i przekazywano wiadomości, które później obiegały całą południową część Mazur. Dla wielu mieszkańców okolicznych wsi wyjazd do Ortelsburga, był jedyną okazją, aby spotkać dalszą rodzinę lub dawnych znajomych z sąsiednich miejscowości.
Nie brakowało również ulicznych muzykantów, czy sprzedawców słodyczy, którzy umilali czas najmłodszym. Dzieci z zaciekawieniem oglądały kolorowe stragany z zabawkami i cukierkami, podczas gdy dorośli prowadzili wielogodzinne rozmowy i negocjacje handlowe. Dzień targowy miał więc wymiar nie tylko gospodarczy, ale także towarzyski i rodzinny.
Interesującą ciekawostką jest fakt, że wielu handlarzy od lat zajmowało dokładnie to samo miejsce przy Marktstrasse. Stali klienci doskonale wiedzieli, gdzie kupić najlepszy ser, świeży miód, masło, jaja czy solidnie wykonane narzędzia. Nierzadko te same miejsca zajmowały kolejne pokolenia jednej rodziny. Reklama praktycznie nie była potrzebna. Największą wartością pozostawała uczciwość oraz dobra opinia przekazywana z pokolenia na pokolenie. To właśnie zaufanie budowało sukces wielu kupieckich rodzin, a uścisk dłoni i słowo honoru często znaczyły więcej niż pisemna umowa.
Największe emocje? Sprzedaż koni i bydła
Najbardziej widowiskowa część targu odbywała się jednak nie na Marktstrasse, lecz na położonym nad Jeziorem Domowym Małym Melchiorplatz. To właśnie tam ustawiano konie, bydło, świnie i owce. Sprzedaż zwierząt przypominała prawdziwy spektakl. Kupujący dokładnie oglądali uzębienie koni, sprawdzali budowę nóg, kopyta, umięśnienie oraz kondycję zwierząt, a sprzedający zachwalali ich siłę, wytrzymałość i pochodzenie.
Największym zainteresowaniem cieszyły się konie robocze, bez których trudno było wyobrazić sobie funkcjonowanie mazurskiego gospodarstwa. Dobry koń był dla rolnika inwestycją na wiele lat, dlatego jego zakup poprzedzały długie oględziny i liczne pytania o wiek, zdrowie oraz charakter zwierzęcia.
Nieodłącznym elementem każdej transakcji było targowanie. Potrafiło ono trwać nawet kilkadziesiąt minut. Głośne dyskusje, gestykulacja, żartobliwe docinki i pozorne sprzeczki stanowiły część handlowego rytuału. Zdarzało się, że do negocjacji włączali się przypadkowi obserwatorzy, doradzając jednej lub drugiej stronie. Gdy wreszcie osiągano porozumienie, następował mocny uścisk dłoni. W tamtych czasach taki gest znaczył więcej niż niejeden podpis pod umową.
Na placu można było spotkać również pośredników handlowych, którzy pomagali ocenić wartość zwierząt lub pośredniczyli w zawieraniu większych transakcji. Dla wielu gospodarzy sprzedaż jednego dobrego konia oznaczała dochód porównywalny z kilkumiesięcznym zarobkiem.

Targ i handel - serce życia społecznego
Mało kto dziś pamięta, że przedwojenne targi i jarmarki były nie tylko miejscem handlu, ale także swoistym centrum życia społecznego. To tutaj zawierano umowy kupna ziemi, wynajmowano pracowników sezonowych, ustalano terminy ślubów i wesel, a nawet poznawano przyszłych małżonków. W czasach, gdy nie było telefonów komórkowych, internetu ani radia dostępnego w każdym domu, targ pełnił rolę lokalnego centrum informacji. Wieści o nowych przepisach, urodzajach, pożarach, narodzinach czy wydarzeniach politycznych rozchodziły się właśnie pomiędzy straganami.
Nie bez powodu historycy określają dawne targowiska mianem „gazety pod gołym niebem”. To tutaj mieszkańcy okolicznych wsi dowiadywali się o zmianach cen zbóż, podatkach, poborze do wojska czy nowych inwestycjach prowadzonych w mieście. Spotkanie na targu było obowiązkowym punktem tygodnia dla wielu rodzin.
Dzień, na którym zarabiało całe miasto
Dzień targowy miał ogromne znaczenie dla miejskiej gospodarki. Kupcy przybywający do Szczytna korzystali z usług miejscowych piekarzy, rzeźników, kowali, siodlarzy, hoteli i restauracji. Zarabiali woźnice, właściciele stajni oraz rzemieślnicy naprawiający wozy i uprzęże. Można powiedzieć, że przez kilka godzin całe miasto pracowało na najwyższych obrotach.
Dla wielu przedsiębiorców dni targowe należały do najbardziej dochodowych w całym miesiącu. Właściciele sklepów specjalnie zwiększali zapasy towarów, a karczmy i gospody przygotowywały dodatkowe posiłki dla przyjezdnych. Po zakończeniu handlu nie brakowało również spotkań towarzyskich, podczas których omawiano interesy i wydarzenia z całego regionu.
Szczytno leżało na ważnych szlakach komunikacyjnych południowych Mazur. Rozwój kolei pod koniec XIX wieku sprawił, że do miasta coraz częściej docierali kupcy z bardziej odległych miejscowości Prus Wschodnich. Dzięki temu na targach pojawiały się towary, których nie można było kupić na co dzień - egzotyczne przyprawy, kawa, tkaniny, porcelana, narzędzia, a nawet nowoczesne maszyny rolnicze.
Dla mieszkańców okolicznych wsi była to często jedyna okazja, aby zobaczyć najnowsze wynalazki i produkty przemysłowe sprowadzane z Królewca, Berlina czy Elbląga. Jarmarki stawały się więc nie tylko miejscem handlu, ale także oknem na świat i symbolem postępu gospodarczego.
Ślady dawnego targowiska wciąż są widoczne
Historia Szczytna nie kryje się wyłącznie w zabytkowych budynkach czy archiwalnych dokumentach. Tworzyli ją przede wszystkim zwyczajni ludzie - rolnicy, kupcy, rzemieślnicy, przekupki, woźnice i mieszkańcy okolicznych wsi, którzy od pokoleń spotykali się na targach i jarmarkach. To oni nadawali miastu rytm życia, budowali jego dobrobyt i tworzyli atmosferę miejsca, które tętniło energią przez cały dzień handlowy.
Każdy z nich miał swoją historię. Dla jednych targ był szansą na sprzedaż plonów i utrzymanie rodziny, dla innych okazją do zakupu narzędzi lub spotkania dawno niewidzianych znajomych. W ten sposób cotygodniowe jarmarki spajały lokalną społeczność i budowały więzi między mieszkańcami miasta i okolicznych wsi.
Dziś ulica Odrodzenia wygląda zupełnie inaczej. Pędzą na niej samochody, przechodnie mijają się w codziennym pośpiechu, a dawny gwar kupieckich rozmów już dawno ucichł. Trudno uwierzyć, że jeszcze niespełna sto lat temu była ona największym targowiskiem południowych Mazur i miejscem spotkań tysięcy ludzi.
Wystarczy jednak spojrzeć na zachowane fotografie, aby dostrzec coś więcej niż bruk i kamienice. Można zobaczyć świat, w którym handel opierał się na zaufaniu, uścisk dłoni miał moc zawartej umowy, a cotygodniowy jarmark był wydarzeniem, na które czekało całe miasto.
Być może właśnie dlatego archiwalne zdjęcia Szczytna wciąż fascynują. Nie pokazują jedynie ulic i budynków - zatrzymują ulotne chwile codziennego życia mieszkańców. Każda furmanka, każdy stragan i każda postać uchwycona przez fotografa opowiada własną historię.
To dzięki takim fotografiom możemy lepiej zrozumieć, jak wyglądało życie w dawnym Ortelsburgu i jak wielką rolę odgrywały jarmarki w rozwoju miasta. Przeszłość przestaje być wtedy zbiorem dat zapisanych w kronikach, a staje się żywą opowieścią o ludziach, których praca, przedsiębiorczość i codzienność ukształtowały Szczytno, jakie znamy dzisiaj. To właśnie w takich opowieściach najpełniej słychać echo dawnego miasta.
oprac. Robert Arbatowski
© Mazurska Fala 2026